piątek, 8 kwietnia 2016

Nie jest mi "wszystko jedno"

myslovitz - mieć czy być

wszystko trwa,
dopóki sam tego chcesz


Miałam napisać wcześniej, ale pochłonęły mnie zajęcia zabijające czas. Jak widać udało się. Fajnie, gdyby ten czas zabijał też mojego horksruksa.
W środę przyjechałam na trzytygodniowe zbieranie komórek. Oddział nie należy do największych, ale najwyraźniej tak musi być. Wszystko tu jest jasne i czyste, codziennie naświetlane lampami sterylizującymi. W trakcie leczenia, każda bakteria z zewnątrz, po chemii staje się dla nas śmiertelna. Jest tak cicho, że idąc po korytarzu można usłyszeć własny oddech. Moja sala znajduje się na samym końcu. Wchodząc do środka, w oczy rzuca się bardzo wysoki sufit, zaklejone okna i samotność.
Myślałam, że oszaleję przez te dwa dni. Marzyłam tylko o Polnej i o tym, że budzę się i kładę spać właśnie tam, a nie tu.
Nie mam jednak wyboru. Czy aby na pewno?
Dzisiaj, po założeniu wkłucia centralnego przeszło mi wszystko. Lałam łzy na samą myśl, że muszę znów poczuć ten ból łamiących kości obojczyka. Lekarz, na którego trafiłam szybko postawił mnie do pionu. Nie było tam miejsca na moje rozczulanie. Gdy tak kręciłam się na stole zabiegowym, ten pan z igłą w ręku zapytał zniecierpliwiony - Wyraziła pani zgodę na zabieg, tak? - ja przytaknęłam, dopowiadając sobie w myślach, że przecież nie miałam wyboru. No właśnie...
Miałam wybór. Zawsze mamy wybór, jak tylko stajemy się świadomi tego, o co w tym świecie chodzi. 
Przez całe pół roku, miałam wpływ na to, co będzie się działo. Podpisywałam każdą zgodę na leczenie, ale miałam prawo odmówić. Zawsze są co najmniej dwa warianty, zawsze możemy wybrać. Lody truskawkowe czy czekoladowe. Szarą bluzę, czy elegancki sweter. Życie w Polsce czy w Chinach. Położyć się spać, czy oglądać do rana, po raz kolejny wszystkie części Harrego Pottera. Od nas zależy jaką decyzję podejmiemy. Co więcej, nie jest nam to obojętne mimo, że często używamy tego zwrotu. My sami znamy siebie najlepiej. Można się zasugerować czyjąś opinią przy ważnej decyzji, takiej jak studia czy wyjazd za granicę, albo nowy partner, a także w sprawach bardziej przyziemnych jak np. wybór spodni, między czerwoną bawełną, a oliwkowym poliestrem. Jednak ostatnie słowo należy do nas samych (wybrałam czerwoną bawełnę). Róbmy to, co jest zgodne z naszym sumieniem, upodobaniami, marzeniami. Nie bójmy się tego. Często nie wiemy, co może wydarzyć się, gdy podejmiemy jakąś decyzję, ale... czy nie warto zaryzykować?
Skończmy wreszcie ze zwrotem „wszystko mi jedno”. Jasne, ktoś wybierze za nas i będziemy mieli z głowy, ale zaczynając od świadomości wyboru, między wodą gazowaną, a tą bez gazu, uczymy siebie odpowiedzialności, a także łatwości w podejmowaniu tych ważniejszych decyzji. Ten strach się zmniejsza, gdy wiemy, że możemy polegać przede wszystkim na sobie samym. Czas zaufać temu człowiekowi, którego bicie serca czujemy każdego dnia.
Ja zaufałam sobie. Świadomie. Wybrałam życie. Wybrałam drogę przez igły, szpitale i te wszystkie rzeczy, które wypychają mnie ze strefy komfortu, na ciężki onkologiczny maraton. Do czegoś to jednak zmierza. Szanse na wakacje rosną z każdym dniem.
Mogę też wybrać czy będę płakać cały pobyt, czy skupię się na zwalczaniu choroby, zajmując myśli książką, filmem, czy też blogiem. Już wybrałam.


wtorek, 29 marca 2016

Rozregulowana


It all comes and goes
All these woes

Pisanie miało być moją terapią i dzięki temu, ten spacer po linie do pewnego momentu wychodził mi całkiem nieźle. Później na chwilę odstawiłam klawiaturę na rzecz normalnego życia. Zorientowałam się, że mogę mimo wszystko zwyczajnie żyć, jak zdrowy człowiek. Z kilkoma oczywistymi ograniczeniami. Zachłysnęłam się swoimi możliwościami zwalczania choroby w szybkim tempie i nowymi, rysującymi się perspektywami na pochorobową przyszłość. Podeszłam do gorącego kotła i zaczęłam mieszać. Planować, że w wakacje pójdę na warsztaty, a pod koniec lata wybiorę się na wczasy i zabiorę kilka osób. Daty zaczęły się coraz bardziej zaznaczać w kalendarzu, a ja zaczęłam czuć coraz większą presję, że mogłabym nie zdążyć. Przez chwilę wydawało mi się, że jeśli tak bardzo będę wizualizować sobie przyszłość, nie zważając na chorobę, szybciej uda mi się ją pokonać. Nic z tych rzeczy. Usuwanie horkruksów z mojego życia idzie swoim torem. Oprócz posłuszeństwa, pokory i cierpliwości, nie mogę nic zrobić.
Dałam się ponieść wybiegającym myślom i sparzyłam się. Podczas pracy nad sobą, „zajrzałam do szafki ze słodyczami”. Uległam tej presji, psując wewnętrzną barierę. Nie potrafię już hamować smutku i płaczu. Dzisiaj jeszcze nie płakałam. To naprawdę sukces.
Jest mi bardzo ciężko. Czuję się, jak pięć minut przed dzwonkiem, ale nie wiem czy nie będę musiała zostać po lekcji.
Już prawie, ale jeszcze nie.
Mam już dosyć bólu, chemii, złego samopoczucia i złych wyników. Chcę normalnie żyć. Wiem, że to na szczęście kiedyś nastąpi, ale nie mogę znieść myśli, że nadal jestem z tym wszystkim w czarnej... gęstwinie.
Tylko w domu potrafię cieszyć się z każdego dnia. I tylko do momentu, gdy nie muszę wybierać piżam, które trzeba spakować. A jeszcze gorzej, jeśli tę piżamę trzeba założyć znienacka, bo wyniki spadły do najniższych granic. Wtedy, granice psychiczne też się zacierają i daję się ponieść. Do bólu głowy, do ostatka sił, aż mi zabraknie łez.
Dociągnę do końca. Wiem o tym. Tylko teraz w trakcie tej kamienistej i trudnej drogi mam przed sobą szlaban z baranami, muszę poczekać, aż przejdą.

Żeby skupić się wreszcie na tym co jest teraz, będę nadrabiać zaległości cofając się w najbliższą przeszłość, która jak tak pomyślę, jest w miarę pozytywna i powinna dać mi siłę do dalszej walki.
Bo jest o co walczyć. I niestety jest jeszcze z czym walczyć...
Ale to nie przeziębienie. To walka O ŻYCIE.

piątek, 12 lutego 2016

Aranżacja przestrzeni złożonej z łóżka, pilocika i obrotowej szafki.

telepopmusik  - breathe


Obserwuję ludzi, zdarzenia, otoczenie i każdego dnia przyglądam się sobie. Badam siebie. 
Czasem z nudów, a czasami naprawdę ciekawią mnie pewne zachowania człowieka. Nie tylko w nowych, nieznanych sytuacjach, ale też w takich codziennych, gdy testujemy perspektywy i zmieniamy punkty widzenia.
Obserwuję siebie.
I fascynuje mnie to, jak potrafimy być elastyczni, po kilku lekcjach wybrać sobie odpowiedni klimat do sytuacji. Jak potrafimy dzięki doświadczeniu i własnym patentom ułatwiać (no albo utrudniać) sobie życie.
Przystosowanie się.
Czytasz, jak najlepiej przygotować się do chemii, jak dbać o siebie w trakcie w tym czasie. 
Sporo wtedy musimy zmienić. Trzeba z wielu rzeczy zrezygnować i wprowadzić rytuały. Wcieranie kremów w ciało i w głowę, picie ziołowych herbat, przyjmowanie wodospadowych ilości wody. Poza tym (ale to już wynikające z sytuacji) zrezygnowanie z grzebienia, szamponu do włosów i odżywki. Wsłuchanie się w swoje wewnętrzne potrzeby. Jedzenie tego, na co nasz żołądek ma ochotę lub też nie jedzenie niczego, bo i czasem tak bywa. Chemia miesza nam w kubkach smakowych w nosie i żołądku. Nieprzyjemnie, ale na szczęście po pewnym czasie wszystko wraca do normy.
 Należy przyjmować też garści leków. Witamin, wspomagaczy itp. No i oczywiście, trzeba duużo odpoczywać. Już się nauczyłam. W ciągu siedmiu dni, te cztery jestem wypoczęta. Jednak chemia mimo wszystko odciska piętno na organizmie cały czas. Momentami jest tak męcząca, że ten nakaz odpoczynku staje się stanem, ciała i umysłu. Wtedy też wypełniam kolejne zalecenie – oszczędny tryb życia. Chcesz coś zrobić szybko, ale w głowie się kręci, oddech jest płytki po sterydach i nie możesz funkcjonować tak jak psychicznie się czujesz. 
No cóż. Pociesza mnie fakt, że nie trwa to wiecznie, jak już wspominałam.
Jeśli chodzi o życie szpitalne, tę sferę opanowałam prawie do perfekcji. Już mniej więcej wiem, co spakować żeby mieć wszystko czego potrzebuję, jednocześnie nie zabierając wiele i nie oddając zbędnych rzeczy do domu. Aranżuję otoczenie tak, by mieć wszystko pod ręką. Lubię to. W domu mogę sobie poszaleć z segregowaniem, przestawianiem i układaniem. Tutaj raczej nie, ale robię co mogę. To moja mała własna przestrzeń.
Poza tym, nauczyłam się jak przygotować żyły, siebie i ręce do kłucia, co pomaga mi na nudności czy ból nosa, bo tu jest naprawdę sucho.
W jakich porach najlepiej się zdrzemnąć, a kiedy jest najlepszy czas na czytanie książki, film, pisanie – uważam, że to ważne, aby każda chwila spędzona w szpitalu wpłynęła na naszą korzyść. 
I o tak tu sobie moje życie płynie, jak ta chemia - powoli, ale systematycznie i efektownie. Pod koniec lutego kolejna tomografia, kolejne świeże informacje o umierających horkruksach.

Takie tam banały na noc. Tak odpoczywam. Odpoczywajcie i Wy. Weekend jest chyba, z tego co się orientuję. 

sobota, 30 stycznia 2016

Balon i nieodparta chęć opanowania niepotrzebnego chaosu


Ktoś ostatnio napisał do mnie z zapytaniem, czy ja przypadkiem powoli nie umieram? Chyba dawno tak o tym nie myślałam.

Czy moją walkę z rakiem można nazwać umieraniem? Choroba jest poniekąd nieprzewidywalna, ale leczenie w trakcie którego jestem daje mi wielką szansę na przeżycie. Moja głowa daje mi wielkie szanse na przeżycie, choć dużo się w niej dzieje. Tak dużo, że ciężko zebrać ten chaos w całość, no ale dziś spróbuję.

Każdego dnia widzę, jak dużo od nas zależy...
Jednak coraz bardziej dostrzegam i zaczynam akceptować to, jak na wiele rzeczy nie mamy wpływu i musimy sobie odpuścić. Bunt organizmu, płacz za powrotem do domu, śpiewaniem, ograniczone możliwości. Fakt, że nie możemy nic, ani nikogo zatrzymać na siłę. Mogłoby się wydawać, że póki co wypadłam z obiegu, że wiele spraw stoi w miejscu.
Teraz dopiero widzę, jak wszystko się zmienia. Wszystko się porusza, tylko że ja mam wreszcie czas to dostrzec. Horkruksy się zmieniają, ludzie się zmieniają, moje relacje między nimi. Tak wiele czasem chcę zatrzymać, a widzę że od jednej osoby zależy tylko połowa, właśnie nasza połowa. Choroba skutecznie weryfikuje moje życie, nakreśla mi nowe możliwości i jakość życia, tylko czy moja analizująca Jadźka pozwoli mi wprowadzić nowość i puścić, to co trzymam tak kurczowo w sobie tyle czasu? 
Nadal się boję. Momentami nadal chcę tkwić w tym miejscu i czymś, co nie pozwala mi iść naprzód. Chociaż nic tam nie ma. Nic.
Ale to człowiek. Czujesz się jego połową. Bo oddawałeś tak wiele w zamian nic nie oczekując, patrząc ze szczęściem jak ktoś dzięki tobie, ogólnie mówiąc, lepiej się czuje i ma twoje liny, żeby wspinać się wyżej. Potem dochodzisz do wniosku, że tam miejsca dla Ciebie nie było. I nie będzie. Czyli jednak oczekiwałeś, ale wypierałeś to ze świadomości na rzecz dobrej relacji. Nie chciałeś nic zepsuć... I tym sposobem sam się oszukiwałeś tyle czasu, a teraz tkwisz w zaskoczeniu, że nie widzisz w tym wszystkim siebie.
Ukrywam twarz w dłoniach.
Takie to bez sensu. A jednak tak mnie to dotyka.
Nie warto przywiązywać się do rzeczy, ale tym bardziej, nie warto przywiązywać się do ludzi. Ten mój balon czeka. Zapakowany i już odpalony. Ja muszę tylko odciąć liny i pomachać na pożegnanie. To tylko balon... W którym są szczątki już niepotrzebnej mnie.

Teraz staram się sobie wszystko tłumaczyć, jak małemu dziecku. Od początku, te nowe wartości, które czas wdrożyć w życie. Bo po prostu czuję, że warto. Choroba jest i będzie inspiracją, bez względu na wynik tej walki. Ponoć na zmiany nigdy nie jest za późno... Mój czas jak widać bije trochę inaczej niż osoby zdrowej.

Chemia zmniejsza horkruksy, ale tym samym coraz bardziej mnie osłabia. Zbliżam się do połowy tej drogi. Każdy wlew odczuwałam inaczej. Dwa ostatnie doprowadziły do nieplanowanych pobytów w szpitalu. Jak na przykład teraz. Póki co, próbuję się klimatyzować, bo prędko nie wyjdę.
Trzecia chemia, jak do tej pory najgorsza, na chwilę zmniejszyła moją perspektywę myślenia. Byłam skupiona tylko na tym, żeby jakoś psychicznie ciągnąć te fizyczne doświadczenia...
Płakałam, uwolniłam się. Mam ochotę, to płaczę i mi lepiej. Skoro muszę być silna, żeby walczyć z ogólnym bólem fizycznym, klatki, kłucia, wenflonów, jakichś trepanek, omdleń i mdłości, a przeżywam to ja sama, więc trudno, pozwalam sobie być słabą. Co nie znaczy, że się poddałam.

To już dla mnie codzienność i tak staram się do tego podchodzić. Szpital, chemia, dom, szpital, chemia itd. Potem przyjdzie czas na radioterapię. Kolejne doświadczenie i wcieranie w napromienioną skórę oleju kokosowego.

To wszystko boli, dołuje, ale co zrobić? Nie jestem jedyna. Tutaj to widzę. Dobrze, że są ludzie którzy chcą te pokłute ręce trzymać i wspierać.
A balon? 

piątek, 1 stycznia 2016

Pożegnałam się już ze starym rokiem

piotr rogucki - dobrze

Poprzedni rok, był mimo wszystko dobrym rokiem. Sporo się wydarzyło. 
Podsumowując:
Zagraliśmy kilka koncertów, zarówno z całym składem jak i akustycznie w duecie
Rzuciłam studia
Rozpoczęłam przygodę z kolorowymi włosami
Nagraliśmy z zespołem teledysk
a także kilka numerów unplugged 
Byłam w Toruniu i fajnie nam się grało i jadło pierniki
Byłam też w Poznaniu i spędziliśmy tam fajne chwile
Byliśmy w Must Be The Music
Zgubiłam dwa telefony w ciągu miesiąca
Stanęłam na jednej scenie z Natalią Lubrano w moim wymarzonym mieście Wrocławiu
Miałam super imprezę urodzinową w świetnym towarzystwie
IX Warsztaty Bluesowe
Most Kultury - ostatni koncert przed chorobą
19.10 - ostatni raz stanęłam na scenie
Życiowa niespodzianka - chłoniaki
Dowiedziałam się ile osób jest za mną, jakie mam wielkie wsparcie i jak dużo dobrych ludzi mnie otacza
Przyjaciele okazali się tymi prawdziwymi
Pierwsza w życiu Biopsja
Pierwsza w życiu Chemia
Ogolenie głowy Ludzie oddają krew (ratujemy życia ludzi!)
Pierwsza w życiu transfuzja krwi
Sylwester w szpitalu

Oby 2016 był jeszcze lepszy! I żeby do końca roku te Horkruksy wyniosły się z mojego ciała.
Wam życzę abyście się badali, oddawali krew i spełniali marzenia. I duuuużo zdrowia!

Wstaję, biorę leki, jem, biorę leki, śpię, wstaję, jem, biorę leki i idę spać. 
Takich dni jest coraz więcej. Bo tylko kiedy śpię, nic mnie nie boli. O niczym nie myślę i nie śni mi się nic, albo śnię o jakiś dziwnych rzeczach, aż się sama sobie dziwię, bo obejrzałam w swoim życiu niewiele filmów przygodowych.
 Czasem wyobrażam sobie, że budzę się zupełnie zdrowa. Choroba się wchłonęła, a ja mogę normalnie żyć. Jednak najwyraźniej, za mało się jeszcze nauczyłam.

Nie ukrywam, że jestem trochę zła na siebie, na swój organizm. Nie chce współpracować tak jak powinien. Ciągle pojawiają się jakieś nowe objawy, jakieś komplikacje. Człowiek przejdzie wszystko, jednak cierpienie nie jest przyjemne. Dla mnie też nie.
Często sobie myślę o tym, jak martwiłam się, że do Wrocławia tak długo się jedzie i że to jest takie męczące. Teraz leżę w łóżku, napinam i rozluźniam mięśnie, żeby choć przez sekundę nie czuć bólu kości i mięśni spowodowanego przez podanie leku mającego przyspieszyć odbudowę szpiku. Ciało boli, a wyniki słabe. Wolałabym być teraz w domu. 

Pozbyłam się włosów jakiś czas temu. Muszę przyznać, że mam kształtną głowę i gdyby nie napuchnięte sterydami policzki, wyglądałabym całkiem nieźle. Do tego makijaż, chusta i można funkcjonować jako zdrowy człowiek. Jednak co bym nie zrobiła teraz ze swoim wyglądem, niestety nie będę zdrowa w najbliższym czasie i muszę to jakoś zaakceptować. Nauczyć się odpoczywać, regenerować, dbać o siebie, jak matka o własne dziecko.

Druga chemia zwaliła mnie z nóg. Pojawiły się wszystkie objawy opisywane przez osoby chore. Do tego omdlenia spowodowane brakiem ujścia emocji i narzucenia sobie rygoru, jeśli chodzi o płacz.
Dopiero pisałam, że znalazłam złoty środek, jednak po pewnym czasie popadłam w skrajność twardzielki. Gdy chce mi się płakać, na twarzy pojawiają się dwie łzy, po czym szybko wysychają. I koniec. Jednak trzymam się, póki nie płaczę. Płacz jest oznaką słabości, mi kojarzy się z moim użalaniem. Za dużo tych łez było. Moje życie jest teraz trudne, a jak zacznę się nad nim pochylać, to się poddam. A nie mogę. Nie chcę.

Sylwestra spędziłam popijając życiodajną krew, a Nowy Rok rozpoczęłam bólem i jedynym postanowieniem noworocznym: WYZDROWIEĆ.


niedziela, 13 grudnia 2015

Zima zima włosów ni ma, czyli o znaku rozpoznawczym


Czy jestem na to gotowa?
Wyjmuję z głowy pęk kolorowych włosów.
A czy można być niegotowym na coś, co jest nieuniknione?
Za kilka dni zrobię to i zrzucę z głowy resztę kosmyków, które mi zostały.
Nie boję się tego, co będzie dalej, bo odrosną. Boję się pierwszego wejrzenia na siebie bez włosów.
Jako małe dziecko byłam blondynką,  chudą blondynką z grzywką i wielką diastemą - jakby tak pozostało do dziś, widniałabym na niejednym billboardzie w Londynie.
Przyszedł czas się zbuntować. Glany, czarne ciuchy i długie ciemne włosy, czekoladowe szamponetki, prostownice i lokówki. Przygodę z włosami na gumę rozpoczęłam w liceum. Od tamtej pory jest krótko. Krótko i kolorowo. Kochałam czerwienie, wiśnie, miedzie... Na studniówkę wybrałam truskawkowy szampan. Do tej pory słyszę, że ten kolor nie był moim najlepszym.
Marzyłam już wtedy o białym Sztokholmie... Nazwa farby wiązała się z moją przyszłością, czego jeszcze wtedy nie wiedziałam. Kilka razy obeszłam się smakiem, dopóki Sztokholm rzeczywiście nie potargał moich włosów skandynawskim wiatrem... Wraz z polskim śniegiem pojawił się polski blond... Wymarzony blond!
A potem zaszalałam i właściwie od tamtej pory włosy są jednym z moich znaków rozpoznawczych. Studencki róż, fantazyjny granat na premierę płyty, syrenka, następnie fiolet, który fruwa na teledysku i poszedł do telewizji, w międzyczasie przemknął żółty neon z różem i szarością, a na koniec zimny brąz z niebieskim i turkusem... Były piękne, kocham niebieski. Ewelina jak zwykle się spisała.
Jak w życiu, nie ma nic na zawsze. Kolor, po długim czasie spłowiał w zieleń, a ja tę zieleń teraz trzymam w ręce.
Zdrowie jest najważniejsze.
I tak są już trochę zniszczone.
Przyjaciółki polują na piękne chusty i czapki dla mnie. :) moje anioły i poprawiacze humoru.
Jakoś to przetrwam.
Od pewnego czasu wzbraniam się trochę od słabości. Nie dopuszczam do siebie smutku, łez. Jednak wiadomo, nie da się tak do końca... Nie można.
Do tej pory byłam chodzącą emocją, a ostatnio wręcz denerwuję się czasem na siebie, jak zaczynam to przeżywać.
No ale nie popadam też w przesadę. Nie trzymam tego kurczowo w sobie. Mówię  krótko o tym, co mi siedzi w głowie, a potem ucinam temat. Piszę tekst i  czytam książkę, żeby wkręcić się w inny klimat. To jest mój złoty środek.
Nie warto trzymać w sobie emocji i łez. Więc daję sobie teraz chwilę na taką wrażliwość na siebie, a potem idę dalej. Do przodu. Zęby mi na szczęście nie wypadną, więc uśmiecham się dużo :-)

I żeby tylko nie dać zmiażdżyć się kolosom
Gorgonom nie dać się wzrokiem obrócić w kamień


Czytam. I jem naleśniki.


sobota, 5 grudnia 2015

W(y)łączona analiza


Nie wiem co trzeba robić, żeby być szczęśliwym.
Szczęście to chyba sprawa indywidualna. Jesteśmy ludźmi, podobnymi do siebie, więc jeśli ktoś przeczyta wpis i pomyśli o sobie - to dobrze. Jeśli pomyśli o kimś innym - też dobrze. Dowolność w interpretacji (byle nie za duża, bo słyszałam już o swoim pogrzebie) dozwolona.
Dzisiaj o rozmyślaniu na wszystkie złe sposoby.
Jak ja lubiłam komplikować sobie życie. Głównie przez analizowanie wszystkiego do ostaniej najmniejszej myśli, która w rzeczywistości już dawno wybiegła poza analizowaną sytuację. Każdy szczegół rozbijałam na kawałki i robiłam z nich oddzielene historie, mające co najmniej trzy zakończenia. A dana myśl była prosta jak... Hm... Na przykład wyjęcie listu z koperty.
A jak źle otworzę?
No to porwę i nie przeczytam pewnie najważniejszego... A jak tam jest coś naprawdę ważnego? A może coś złego? Może ten list jest przeterminowany? Boże! Nie zdążę odpisać! Trzeba zamazać adres (ale czym, żeby nie było widać!) przecież ktoś może wyjąć ze śmieci i przeczytać. W zakładzie komunalnym na pewno czytają... O nie! Oni będą znali mój adres! I będą wiedzieli, że takie listy przychodzą do mnie! O nie.
I tego było za każdym dużo dużo więcej... Oczywiście to fikcyjny przykład. Jednak widzicie, że w pewnym momencie można się zmęczyć.
Dokładamy do tego cechę, myślę znaną Wam z doświadczenia - chcę wszystko na już...
i na koniec złoty medal nadinterpretacji.
Stały schemat (zbieżność nazwisk i zdarzeń przypadkowa - nie doszukujcie się kogoś konkretnego, bo byłoby ich zbyt wielu ;))
Poznałam chłopaka. Miał na imię Igrek Iksiński. Fajny był, fajnie mi się z nim gadało. Uśmiechał się do mnie, mieliśmy wspólne tematy. Lubił podobne rzeczy, miał podobne zainteresowania. Podobało mu się jak śpiewam. Kurcze on jest nawet przystojny, jak tak opowiada o swoich pasjach. I te oczy... i nos (nos to chyba mój fetysz). Rozmawiamy już kilka godzin i się nie nudzimy. Odprowadził mnie do domu. O, jak mi miło. Jaki on miły. Tak ładnie się uśmiechał. Czy on mi się podoba? Czy  ja mu się podobam?  Ciekawe co by było, jakbyśmy się spotykali? A jakbyśmy wyglądali razem? Jak on by się czuł, gdyby spotykał się ze mną i moimi przyjaciółmi? Zaakceptują go? Jeju. A jak on pozna mnie bliżej i stwierdzi, że jednak się nie nadaję? A jak się nie odezwie już nigdy? Pewnie mu się już jakaś podoba, a on potraktował mnie jak dziewczynę do towarzystwa, żeby sobie pogadać. Na pewno nie mam u niego szans. Na pewno mu się nie podobam, no bo co może mu się we mnie podobać?! Błagam (tak, wiem co myślicie). Pewnie już nigdy się nie odezwie, albo gdy spotkamy się kolejny raz to poklepie mnie po plecach jak połowa facetów, których znam.
Mam dużo kumpli. Doceniam to. Jednak przy nich też jestem kumplem. Mniej we mnie tego czegoś, a więcej tego, czego kumpel w danym momencie potrzebuje. Wśród takich środowisk przewijają się też tacy, którzy zdecydowanie nie są kumplami i może nawet nie chcą nimi być. Obserwując mnie w tym środowisku skutecznie dowiadują się, że potrafię być świetną kumpelą, przyjaciółką. Super sprawa. I już czuję potrójne, delikatne uderzenie w plecy otwartą dłonią.
A może to moja kolejna teoria? Moja kolejna analiza? Gdzie jest luz i myśl, żeby to zostawić, niech samo się dzieje...
Teraz uważam, że w gruncie rzeczy to kumpelstwo nie jest takie złe, bo nie trafiłam do tej pory na nikogo z litości, a to byłoby dużo gorsze.
Wracając do analizy i nadinterpretacji.
Przekładam teraz te cechy na życie obecne - życie szpitalne.
Nawet nie zaczynam opisywać.
Skończyłoby się na tym, że położyłabym się i już nie wstała.
Bierz mnie skąd przyszłam i cześć. Miałoby to sens?
Zaanalizowywałam się. Patrząc z dystansu mogę powiedzieć, że się nawet trochę katowałam. Ciągle chodziłam z taką ciężką głową.
Wiem, że dzieciństwo i brak obecności pewnych osób w życiu, a także moje próby przypasowania, do ciągle zmieniających się wymogów i schematów też zrobiły swoje. Naprawdę dobrze, że przyszedł czas na uświadomienie sobie pewnych spraw.
Nie od razu zacznę myśleć prosto, ale tych niepotrzebnych warstw jest codziennie coraz mniej.
Żeby zachować jak najwięcej siły na najgorsze dni, uciekam się tylko do dobrego dzieciństwa. Do tych najfajniejszych chwil. Do mamy. Do Muminków. Kocham Muminki.